Kurczak – jak to łatwo powiedzieć…
Lipiec, okres zdecydowanie wakacyjny. W realiach polskiej rzeczywistości od kilku lat oznacza to wakacje w domku lub pod namiotem, względnie we własnym domu jeśli nie chcemy spacerować w strugach deszczu. Jeśli nie masz co robić siadasz do komputera i zaczynasz grzebać, grzebać i grzebać Aż w końcu wygrzebiesz coś, co sprawi, że twoje oczy staja się coraz większe a umysł krzyczy „niemożliwe!”. Tak więc kwestią grzebania, zajął się tym razem mój mąż. Ilekroć widzę go w fazie poszukiwawczej w sieci, skóra mi cierpnie i słusznie … Klikać kurczakom?! Żartujesz! Zwariowałeś! Tak właśnie zabrzmiały moje pierwsze słowa. W pierwszej chwili pomysł wydał mi się z serii tych niedorzecznych. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem klikania, w moim pojęciu, bardzo prostym istotom – kurom. Moje doświadczenie zootechnika mówiło mi, że nie koniecznie to może być efektywne choć na pewno efektowne. Zebrałam się w sobie i po raz kolejny w życiu uległam namowom męża, mówiąc „tak”. Oczywiście, aby nie zdobywać kolejnych doświadczeń w zakresie form szkolenia zwierząt sama, postanowiłam namówić koleżanki po fachu. Udało się. Jak w teleturnieju „Jeden z dziesięciu” - jedna z nich postanowiła pojechać ze mną.
Podjęcie decyzji nie było łatwe na drodze stanęła mi odległość. Przejechać całą Polskę, aby poklikać kurom – kolejny nonsens! Ponieważ jestem mistrzynią nonsensownych posunięć w życiu, nad ranem dnia 18 września 2008 roku wsiadłam do pociągu podążając do Jarkowa koło Kudowy Zdrój, gdzie w uroczym miejscu zwanym „Rancho Stokrotka”, miały odbyć się V warsztaty o wdzięcznej nazwie „Najpierw wytresuj kurczaka”. Po drodze miałam spotkać się z koleżanką. Dojechałyśmy na miejsce o godzinie 17.00. Na przystanku autobusowym przywitał na tubylec i w bardzo kulturalny sposób, choć głosem bardzo „zmęczonym”, pokierował nas do celu. Pomimo informacji ze strony organizatorów dotyczącej możliwości dowiezienia nas z Lewina Kłodzkiego do samego Jarkowa, postanowiłyśmy podreptać z naszymi maxi plecaczkami na pieszo. Im dalej szłyśmy, tym bardziej zatykało nam dech w piersiach i na pewno nie było to spowodowane ciężarem naszych bagaży. Okolica przepiękna. Otaczały nas wysokie wzgórza, pastwiska, stare jabłonie obwieszone mnóstwem jabłek, zauroczył nas także przepiękny stary wiadukt. Nieco zziajane ale zafascynowane przyrodą dotarłyśmy do celu.
Celem naszej podróży było „Rancho Stokrotka”. Na pozór stare gospodarstwo ze stajnią i kurnikiem, który miał się nam stać bardzo bliski przez następne trzy dni. Pokochałyśmy to miejsce od pierwszego wejrzenia. W domu przywitał nas Kuba, jak się później okazało człowiek o wielkim sercu i otwartym umyśle. Dostałyśmy chwilkę czasu na to, aby rozgościć się w swoim pokoiku. Za godzinę miał się odbyć pierwszy wykład.
Nasza przygoda z kurczakami miała się rozpocząć od przygotowania teoretycznego. Zdawałyśmy sobie doskonale sprawę, że zajęcia praktyczne ze zwierzętami mają swoje ograniczenia czasowe. Zastanawiałyśmy się tylko, jaką wydolność w tym zakresie mają kury. Jak się później okazało, całkiem sporą. Niektóre z naszych kur tak zaangażowały się w zadanie, że zapominały odbierać nagród w postać jedzenia. Ale po kolei. Podwaliny teoretyczne okazały się niezbędne, gdyż nie wszyscy z nas takowe mieli. Właściwie powinnam napisać tu „nie wszystkie”, ponieważ uczestnikami tej edycji były same kobiety.
Teoria teorią. Następnego dnia miałyśmy dostać kury w swoje ręce. Kto jaką kurę otrzyma, rozstrzygnęło się w drodze losowania. Sprawiedliwym wyjściem okazało się także losowanie par, w jakich będziemy ćwiczyć z naszym drobiem. Dawało to gwarancję pełnego obiektywizmu w ocenie postępów „współklikacza”. Losowania ustawiły nas w pary i dały informację przy którym stanowisku będziemy działać.
W tej właśnie chwili, droga moja i Agnieszki się rozeszły. Każda działała na własna rękę i własną kurzą łapę. Kolejny dzień rozpoczął się bardzo wcześnie śniadaniem i zabawami w „clicker games”. Każda z nas miała się przekonać, jak trudno jest klikać i być klikanym. Jak skomplikowane jest danie drugiej osobie odpowiednio jasnych komunikatów oraz jak trudnym zadaniem jest to, żeby nie kombinować i całkowicie wyłączyć nasze zdolności przewidywania. Tego typu warsztaty nie były pierwszymi w moim życiu a jednak i tu Kuba i Gosia (organizatorzy) potrafili mnie zaskoczyć. Otóż pierwszy raz miałam okazję przekonać się podczas symulacji, jak ważny dla klikanego stworzenia jest refleks. Zabawa tak prosta, że aż genialna. Po tak spędzonym poranku, nastał czas by poznać nasze „demo kurczaki”. Na całe szczęście już oswojone ze środowiskiem, w jakim miały ćwiczyć. Ale jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że na stołach czekają na nas … pluszaczki.
Mnie i mojej partnerce (koleżance z pary) przypadł zaszczyt obywania się z krasnalem. Tak więc krasnal posłużył nam do ćwiczenia trudnej sztuki wydawania ziarenek z chochelki oraz trenowania złożonego zachowania pt kliknięcie-nagroda. Z krasnalem szło nam łatwo i przyjemnie. Muszę tu zaznaczyć, że trafił nam się bardzo zaangażowany, mało pyskaty i niezwykle zdyscyplinowany egzemplarz. Krasnal miał jeszcze jedną zaletę, która okazała się później bardzo cenna – nie przeżerał się. Śmiechu było co niemiara.
Nastała wreszcie chwila, gdy nasze przygotowanie techniczne pozwalało nam na poznanie naszych ptaków. Nadszedł wreszcie moment, gdy pozwolono nam nadać imiona naszym „przewodnikom w ptasim świecie”. Udaliśmy się więc gromadnie przed drzwi kurnika, aby stworzyć zapewne pierwszy i kto wie, czy w przypadku większości z nas nie ostatni „kurociąg”. Prawda, że uroczo brzmi ta nazwa. „Kurociąg”, czyli system podawania sobie ptaków z ręki do ręki, który przynosił efekt w postaci bezstresowego i szybkiego umieszczenia drobiu w odpowiednio oznaczonych klatkach, bądź później odstawienia ptaszysk do ich noclegowni. Gdy ptaki znalazły się już w swoich klatkach, dostałyśmy zadanie polegające na skojarzeniu zwierzęciu dźwięku klikera z nagrodą. Musiałyśmy pamiętać o tym żeby kury: nie zniechęcić, nie przekarmić i klikać zawsze przed wydaniem smakołyka. Jednym wychodziło to lepiej, drugim gorzej, jednak po pewnym czasie wszystkie zwróciłyśmy uwagę, że nasze ptaki zaczęły kojarzyć, kiedy należy zwrócić się do nas po odbiór nagródki.
Myślę, że warto w tym miejscu wtrącić parę uwag dotyczących postrzegania świata przez ptaki. Otóż ptaki mają bardzo dobry wzrok i doskonale rozróżniają barwy, niestety ich słuch pozostawia wiele do życzenia. Ptaki nie posiadają małżowin usznych, które służą do identyfikowania miejsca skąd dobiega odgłos i potęgowania wrażeń słuchowych. Tak naprawdę klarowniejszy i łatwiejszy do skojarzenia byłby sygnał świetlny. Istnieje jednak przeszkoda techniczna w zapodaniu ptakowi takiego sygnału, gdy stoi do nas np. tyłem. Tak więc odbieranie bodźca dźwiękowego, nastręczało zapewne naszym kurom pewne trudności. Jak już wspomniałam wcześniej, kura jest organizmem bardzo prostym w sposobie reagowania na bodźce ze środowiska. Ta prostota jest dla nas korzystna ale może stać się także przeszkodą w naszych z nią kontaktach. Tak naprawdę, każda z nas, która używała do tej pory klikera w szkoleniu, musiała wymazać ze swojej pamięci to, w jaki sposób nauczyła się z nimi pracować. Zasady klikania pozostały takie same, zmieniło się natomiast zwierzę i jego reakcje. Kury w przeciwieństwie do psów nie wybaczają nam naszych błędów. Jeżeli kliknięcie następowało w złym momencie, kura była zdezorientowana i po prostu sobie odchodziła. Ponadto, pojemność kury pod względem ilości wydanych smaczków była znacznie mniejsza niż psia. Oczywiście każda z nas grała „atrakcyjnością nagrody”, natomiast przejedzona kura „wypinała” się na osobę z nią ćwiczącą odchodząc. Niektóry z nas udało się w ten sposób przekarmić pół kurnika. Była to nauczka na kolejne dni, że nie należy być zbyt szczodrym.
Kura – jak to łatwo powiedzieć. Dopóki nie zaczniesz z kurą ćwiczyć, bądź tez kur hodować nie jesteś w stanie pojąć, jak złożona jest to istota. Pisałam prosta, teraz piszę, że złożona. Tak właśnie jest, kury mają rozmaity wygląd, upierzenie a nawet temperament. Były wśród naszych kur: kury spokojne i reagujące gwałtownie, systematyczne i poukładane a Agnieszce trafił się nawet kogut z ADHD.
Warsztaty z kurami nauczyły mnie dystansu do tego co robię. Nie ukrywam, że trochę mnie sfrustrowały ale jak to mówi moja córka, to była taka „dobra” frustracja. Nauczyły mnie cierpliwości i spowodowały, że dostrzegłam moje małe wielkie ułomności instruktorskie. Trzy dni spędzone pośród ludzi, którzy w sposób doskonały trenują rozmaite gatunki zwierząt z użyciem klikera, dały mi bardzo dużo. Zobaczyłam konie, które wydawałoby się, że są zbyt niezależne, aby być klikane, królika pokonującego slalom. Posłuchałam także o efektach, jakie mieli gospodarze w klikaniu kotów i świnek morskich. Zauroczyło mnie także to, że Kuba i Gosia – organizatorzy warsztatów, tak łatwo i bez żadnych oporów dzielili się swoją wiedzą i doświadczeniem. Nasze kury nauczyły się stukać dziobem w ściśle określony punkt, robić piruety, ciągnąć wózeczek z maskotką a nawet wybierać z pośród kilku kart tę odpowiednią. Uważam, że pomysł wzięcia udziału w warsztatach „Najpierw wytresuj kurczaka”, choć z gruntu szalony okazał się jednym z najlepszych w moim życiu. No i po raz pierwszy od wielu, wielu lat śpiewałam przy ognisku…
Gosiu, Kuba bardzo Wam jestem wdzięczna, już nie mogę się doczekać następnego spotkania.
Polecam ranczo „Stokrotka”.
Katarzyna Sterne-Nałęcz — mgr inż. zootechnik, behawiorysta, trener i instruktor Alteri, absolwentka „Think Dog” COAPE (Wielka Brytania), instruktor szkolenia psów asystujących dla osób niepełnosprawnych ruchowo, twórca i główny szkoleniowiec canac – Centrum Edukacji Kynologicznej, właścicielka psów rasy seter irlandzki oraz labrador retriever.